Poniższy artykuł pochodzi z promocyjnego wydania Equity na iPada.

Mając na uwadze wszystkich naszych Czytelników, poniżej publikujemy go w pełnej wersji.

NARZĘDZIA GIEŁDOWEGO WRÓŻBITY

autor: Longterm

Piąta część popularnego cyklu poświęconego skutecznym narzędziom analizy.

Mija niedługo rok odkąd na moim blogu rozpocząłem cotygodniowe publikacje prognoz dla giełd akcji – zarówno polskiej, jak i amerykańskiej. Często ludzie pytali mnie co ja tak naprawdę biorę pod uwagę w moich założeniach. Postaram się zatem przedstawić narzędzia mojego warsztatu w kolejności pod względem wagi jaką do nich przywiązuję. Na wstępie chciałem jeszcze zaznaczyć, iż moja metodologia charakteryzuje się wyjątkową prostotą – bowiem jestem zwolennikiem tezy, że najprostsze są najlepsze.

1) Dolar

Podstawowa rzecz na jaką patrzę w pierwszej kolejności. Jak wiadomo giełda akcji jest od ładnych dziesięciu lat ściśle skorelowana ujemnie z kursem USDEUR. Jak kurs dolara spada to giełda rośnie i na odwrót – i taka korelacja zwie się właśnie ujemną. W tej chwili waga dolara nieco maleje, bo ubiegły rok nie przyniósł osłabienia się tej waluty, co pokrzyżowało nieco plany inwestorów stosujących strategię carry trade. Polega ona na pożyczaniu taniego dolara (referencyjna stopa procentowa w USA to 0,25%) i kupowaniu innych walut oraz inwestowaniu we wszelkiego rodzaju klasy aktywów – akcje, obligacje, surowce, kruszce. Inwestorzy owszem zarobili na nominalnym wzroście cen tychże aktywów, ale nie dostali już żadnej premii w postaci korzystniejszego kursu wymiany walutowej (dodatnia różnica kursowa). Fakt ten mógł w dużym stopniu osłabić praktykę carry trade. Równie dobrze przecież można teraz stosować taką samą strategię pożyczając franka szwajcarskiego lub japońskiego jena, gdzie stopy są również bliskie zeru, a waluty te po latach aprecjacji w końcu zaczęły się osłabiać. W Polsce strategię carry trade na franku stosuje setki tysięcy kredytobiorców, którzy zaciągnęli swoje kredyty hipoteczne w tej walucie. Korzystają z niskiego oprocentowania swoich kredytów oraz liczą na to, że kurs franka będzie się osłabiał, przez co raty będą coraz niższe. Ostatnie 3 lata pokazały, iż różnie z tym bywa, ale po okresie najgorszych turbulencji sprawy wracają do normy.

Wracając do giełdy i naszego dolara, to jeszcze raz podkreślę, jest to mój wskaźnik numer jeden. Kiedy nie wiem jak sprawy się potoczą i mam dylematy to skupiam się praktycznie tylko na kursie USD do najważniejszych walut. Gdy nie mogę odczytać sytuacji na euro to wspomagam się frankiem, a jak tam nie odnajduję odpowiedzi to  kieruję moją uwagę na funta, Indeks Dolara (wszystkie najważniejsze waluty razem wzięte) oraz nawet na naszą złotówkę. To zatem dolar wydaje zawsze ten ostateczny werdykt.

2) Amerykańskie obligacje

W czasach gdy ceny obligacji biją swoje rekordy historyczne i mają równie rekordowo niskie rentowności (oprocentowanie), należy spodziewać się, że prędzej czy później ta wyjątkowa bańka pęknie. Pieniądze jakie szerokimi strumieniami płynęły do funduszy obligacji nagle skierowane zostaną na bardziej ryzykowne aktywa jak akcje, surowce i kruszce szlachetne. Mieliśmy próbkę tego zjawiska już w 2009 roku kiedy to po ustanowieniu szczytu historycznego nastąpił gwałtowny spadek cen obligacji USA i pieniądze zaczęły się po dwóch miesiącach intensywnie przenosić na rynek akcji. W 2010 roku ten największy rajd akcji rozpoczął się również po ustanowieniu szczytu na cenach obligacji w sierpniu. Tak naprawdę to najbardziej gwałtowny przepływ środków rozpoczął się również po upływie 2 miesięcy, bo dopiero przed popularnym rajdem św. Mikołaja, czyli w listopadzie. W tej chwili to co obserwujemy to bezprecedensowa ucieczka kapitału z bezpiecznej przystani za jaką uchodził rynek obligacji na bardziej ryzykowny rynek akcji. Fundusze obligacji odnotowują rekordowe odpływy pieniędzy i ten kapitał stopniowo wraca do funduszy akcji. Spowodowane jest to oczywiście  poprawą w realnej gospodarce oraz nieco niespodziewanym zanegowaniem scenariusza double dip (podwójne tąpnięcie w gospodarce). Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku nastał właściwie konsensus, iż będziemy mieli niedługo kolejną recesję. Zdania były  jedynie podzielone czy będzie ona łagodna, czy równie surowa jak poprzednia. Życie pokazało, że na giełdzie zwykle większość nie ma racji, a dodatkowy bodziec przyszedł ze strony szefa FED – Bena Bernanke, który ogłosił rozpoczęcie drugiej tury słynnego programu QE (skup obligacji od banków w celu poprawienia ich płynności). Inwestorzy zaczęli w popłochu sprzedawać obligacje, bo jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do poprawy w gospodarce w 2011 roku to Ben Bernanke poprzez dodruk 600 mld $ je rozwiał. Paradoksalnie zatem skup obligacji przez dużego gracza, jakim jest FED, powoduje tutaj wyprzedaż. Zamiast obniżać rentowność obligacji Ben Bernanke ją podniósł, bo kto by nie skorzystał z takiej niepowtarzalnej okazji na pozbycie się „przegranych” aktywów kiedy ktoś daje bardzo dobrą cenę? Inwestorzy doszli do wniosku, że w obliczu poprawy w gospodarce lepiej już teraz sprzedać obligacje FED za dobrą cenę niż czekać w nieskończoność i ryzykować, że pociąg z akcjami odjedzie. Być może FED zdoła zahamować paniczną wyprzedaż obligacji jaka odbywa się od 2 miesięcy, ale nie będzie w stanie już zahamować tak silnego trendu. USA będą musiały pogodzić się z wyższą rentownością, czyli ceną za jaką się zapożyczają oraz będą musiały zaakceptować wysoką inflację na poziomie 7% w ciągu najbliższych kilku a może nawet kilkunastu lat. To co stara się za wszelką cenę wywołać szef FEDu to ożywienie inflacyjne w USA, gdzie ludzie nie kupują dlatego, że chcą czy muszą, ale w obawie, iż za jakiś czas ceny nieruchomości, towary i usługi będą wyższe. Czy to jest zgodne z klasyczną szkołą ekonomii? Oczywiście, że nie – ale kogo tak naprawdę to obchodzi? Uważam, że kolejny kryzys będzie związany z nadmierną inflacją i załamaniem się gospodarki USA wobec zbyt wysokich stóp (z jednej skrajności w drugą).

Powracając do giełdy i moich narzędzi to obligacje są moim wskaźnikiem numer 2 zaraz po dolarze. Jak rentowność idzie w górę, to znaczy, że kasa przepływa stopniowo na rynek akcji.

3) Miedź

Bardzo wierzę w tezę, iż „miedź ma doktorat z ekonomii”. Tylu prawdziwych doktorów i profesorów mądrzy się codziennie w telewizji, wygłasza swoje przemówienia na uniwersytetach a wystarczy obserwować jedynie ceny miedzi, aby mieć pogląd na rozwój przyszłej koniunktury. Jeśli miedź nieustannie rośnie w szybkim tempie, jeśli przebija swoje szczyty historyczne, to znaczy to, że będziemy niedługo świadkami równie szybkiego i dynamicznego wzrostu gospodarczego na całym świecie. Ostatnio oprócz miedzi obserwuję również srebro, które podpowiedziało mi na jesieni, że będziemy świadkami dużych wzrostów na giełdzie. Opisałem to w listopadowym wydaniu magazynu Equity. Srebro bowiem wyrwało się ze ścisłej korelacji z giełdą akcji tworząc ciekawą dywergencję, podczas której giełda wzrosła o wiele mniej niż srebro. Te ostatnie wręcz eksplodowało na nowe szczyty. Srebro, które jak dotąd szło ramię w ramię z akcjami, teraz znalazło się nagle o kilkadziesiąt procent wyżej i niejako ciągnie akcje do góry, aby powrócić do ścisłej synchronizacji.

4) Nastroje wśród inwestorów

To istotny punkt ze względów psychologicznych, bo nie zapominajmy, że giełda to nie jest jakiś abstrakcyjny twór, ale taki wielki bazar tworzony przez ludzi. Nawet maszyny zaprogramowane są przez ludzi i to oni mogą je programować bardziej lub mniej błędnie. Do czasu kiedy nie pojawi się na świecie sztuczna inteligencja pozbawiona uczuć to gra na giełdzie będzie się opierać na emocjach. Kiedy nastroje są kiepskie należy kupować akcje, bo jak pokazuje historia one zawsze ulegają poprawie i ludzie wracają na giełdę. W tej chwili te nastroje są dobre, ale błędem jest porównywanie ich do poziomów z ostatnich 3 lat, podczas których mieliśmy bessę. Należy cofnąć się nieco bardziej w przeszłość i porównywać do lat 90-tych czy też ostatniego rynku byka z lat 2003-2007.  W porównaniu do tamtych wręcz euforycznych nastrojów to teraz na świecie panuje wciąż jednak pomimo wszystko pesymizm. Dopóki nie będą rozwiązane problemy uboczne kryzysu, takie jak zadłużenie krajów PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja, Hiszpania) to inwestorzy mogą korzystać ze swego rodzaju dyskonta na rynku akcji. Strach jest bowiem największym przyjacielem inwestora, bo jak wszyscy są bardzo entuzjastyczni i chciwi to najczęściej jest to sygnałem końca hossy. Wszyscy pamiętamy naszą euforię po ogłoszeniu organizacji Euro2012 w Polsce? Ten kto będzie miał dobrą pamięć na kolejnym szczycie koniunktury ten wygra. Jedno jest jednak pewne – wciąż jest on daleko.

1 Comment

  1. Volky
    17 lipca 11, 9:12pm

    Dodałbym do tego wykazu jeszcze ceny ropy, która w pewnym sensie stymuluje lub spowalnia cały świat.
    Szczyty ropy jakie miały miejsce w 2008 r to przedsmak bessy… w momencie odbicia od dołka to znak o powrocie zieleni na giełdy.

    Pozdrawiam ;)

Leave a Reply