Kto gra grubo, wygrać musi

Pośród panującej powszechnie tendencji do odradzania inwestorom brania na siebie dużego ryzyka w obawie przed poniesieniem strat, czas zabrać głos w obronie drugiej koncepcji – ryzyko, umiejętnie zarządzane, bywa bardzo dobrze płatne. 

Inspiracją do napisania tego tekstu były moje przemyślenia i doświadczenia związane z rynkiem opcji. W tym segmencie, jak we wszystkich innych na światowych parkietach, panuje przekonanie, że inwestorzy nie powinni nadmiernie ryzykować. I później następuje przełożenie enigmatycznego słowa “nadmiernie” na praktyczne wskazówki. Z jednej strony mówi się, że wielkość pozycji w pojedynczej transakcji powinna być dobrana w taki sposób, żeby nie ryzykować więcej niż 2, 3 lub 5% posiadanego kapitału. Z drugiej strony odradza się inwestorom wystawianie gołych, niezabezpieczonych opcji, gdyż w ten sposób narażają się oni na niemal nieograniczone ryzyko straty. Wszyscy to znamy, wszyscy to słyszeliśmy i bardzo często sami powtarzaliśmy innym.

W tym tekście chcę zająć miejsce po drugiej stronie i zabrać głos w obronie odważnego inwestowania. Odważnego, nie znaczy wcale głupiego. Chcę pokazać, że czasami branie na siebie ryzyka może być bardzo dobrze płatne, czasami nieproporcjonalnie dobrze do wielkości tego ryzyka. Ponadto ryzykiem tym można zarządzać. Nawet jeśli rynek wykona bardzo gwałtowny, nieoczekiwany ruch, wcale nie jest powiedziane, że inwestor musi spadać z indeksem czy spółką do samego dna. Przecież znamy zlecenia stop loss i strategie obronne.

Czarne łabędzie nie latają stadami

Wystawianie opcji jest właśnie przykładem strategii, która może skutecznie przeczyć obawom o branie na siebie ryzyka nieograniczonej straty. Wystawienie nawet jednej opcji put przy cenie indeksu WIG20 na poziomie 2400 pkt oznacza ryzyko straty 24 000 zł w przypadku spadków (na opcjach pozostał mnożnik 10 zł za punkt). Pytanie teraz, na ile realne jest, że indeks największych giełdowych spółek warszawskiego parkietu spadnie do zera? No właśnie, ryzyko to jest niewielkie, mimo że w sytuacji dynamicznych spadków cena opcji sprzedaży może znacząco rosnąć.

Od 2011 roku dyżurnym przykładem wysokiej zmienności jest sierpień tego roku, kiedy to w ciągu 10 sesji indeks WIG20 spadł w cenach zamknięcia o blisko 15%. Od tego czasu, przez kolejne ponad 3 lata sytuacja ta jest wspominana jak zły sen, bo i też wiele osób straciło wtedy pieniądze. Tyle tylko, że po tej dacie strata przekraczająca w ciągu 10 sesji wartość 10% trafiła się zaledwie dwa razy, a i to niemal od razu kończyło się szybkim powrotem w górę. O tym już się nie pamięta.

Na wykresie powyżej przedstawiłem kroczące 21-sesyjne stopy zwrotu z indeksu WIG20 od początku 2000 roku do dnia dzisiejszego. 21 sesji odpowiada mniej więcej jednemu miesiącowi, czyli skali, poniżej której rzadko się schodzi w przypadku strategii opcyjnych. Odchylenie standardowe 21 sesyjnych stóp zwrotu z tego okresu wynosi 7,23% i taką właśnie siatkę zastosowałem na wykresie.

Analiza przedstawionego wykresu pokazuje, że raz w przypadku ostatnich 15 lat mieliśmy miesięczną stratę przekraczającą 25%. Z kolei po 2009 roku tylko raz zdarzyła się strata przekraczająca poziom 12% miesięcznie. Przekładając to na odchylenia standardowe, po 2009 roku tylko raz rynek wyszedł poza 2 sigma.

Przedstawione dane nie pokazują, że spadków (i nagłych wzrostów) nie należy się obawiać lub też, że ich występowanie to rzadkość. Pokazuje jednak, że wiele portfeli inwestycyjnych może zaryzykować trochę więcej, jeśli potrafią dobrze to ryzyko zatrudnić do pracy.

Metoda małych kroczków kontra “się gra, się ma”

Najczęściej początkujący inwestorzy uczeni są bardzo prostego schematu, który w założeniu ma pozwolić im przetrwać na rynku na tyle długo, żeby byli w stanie wypracować jakąś metodę inwestycyjną, która pozwoli na długoterminowe zarabianie. Mówi się, żeby nie ryzykowali więcej niż bardzo małą część portfela. W ten sposób istotnie minimalizuje się straty, ale również zyski są niewielkie. W przypadku kontraktów terminowych, gdzie transakcji zawiera się dość dużo, można w ten sposób uzyskać przewagę. Ale w odniesieniu do większości inwestorów, minimalizując ryzyko w tak znaczny sposób, celuje się w stopę zwrotu rzadko przekraczającą 10% rocznie.

Podobnie rzecz się ma na rynku opcji, zwłaszcza w przypadku strategii posiadających ograniczone ryzyko. Nawet osoby związane z GPW rekomendują, żeby w przypadku strategii iron condor nie ryzykować więcej niż 5% portfela w jednej transakcji. Biorąc pod uwagę fakt, że maksymalny zakładany zysk z takiej strategii raczej nie przekroczy 15% rocznie, a najczęściej będzie zdecydowanie mniejszy, można pytać o sens takiego postępowania. Przecież strata, z samego statystycznego założenia tej strategii, będzie nam się trafiała nie częściej niż dwa-trzy razy w roku, średnio w jednym przypadku na pięć.

Być może jest więc sens w zmianie podejścia? Zamiast celować w 10% rocznie, obawiając się, że każdego dnia może nastąpić powtórka z sierpnia 2011 roku, kiedy to w kilka sesji indeks spadł o prawie 600 punktów, warto rozważyć coś innego. Grać grubo, celując w stopę zwrotu rzędu 30-50% rocznie, jednocześnie wiedząc, że raz na jakiś czas zdarzy nam się duża wpadka, wysadzająca w powietrze część portfela.  W ten właśnie sposób ryzyko będzie wkalkulowane w realizowaną przez nas strategię, ale osiągane wysokie zyski będą w stanie zarobić na nieprzewidziane wyskoki rynku.

Zarządzanie ryzykiem jest kluczem do sukcesu

Cały czas piszę w odniesieniu do strategii opcyjnych, gdzie można zarządzać swoim prawdopodobieństwem wystąpienia zysku i straty. Można je zwiększać i zmniejszać, ale w przypadku strategii iron condor sytuacją normalną jest takie dobranie parametrów, że strata trafia się w dwóch przypadkach na dziesięć, mimo że jest ona zdecydowanie większa od pojedynczych zysków osiąganych w udanych transakcjach. Nie oznacza to jednak, że faktycznie musimy dopuścić do poniesienia straty. Wystarczy pomyśleć, że wyeliminowanie zaledwie jednej stratnej transakcji może niemal podwoić osiągane rezultaty.

Dlatego też w tym artykule nie namawiam nikogo do ryzykowania. Należy odróżnić zwykłe podwojenie lub potrojenie wielkości pozycji, a co za tym idzie, ryzykowanych części portfela, od inteligentnego zwiększenia ryzyka za odpowiednim wynagrodzeniem. Zwiększenie zaangażowania może się bowiem odbywać poprzez wyeksponowanie się na większe ryzyko rynkowe, ale nie musi się to przekładać na wzrost ryzyka jako takiego. Każdy inwestor ma bowiem, w mojej ocenie, właściwość którą można określić jako ryzyko indywidualne lub subiektywne. Ta sama strategia stosowana na tym samym rynku przez dwie osoby, może z jednej zrobić bankruta, a drugiej podwoić portfel. Różnica tkwi tylko w umiejętnościach.

Przykładem może być chociażby odpowiednia selekcja transakcji. Nie chodzi przecież o to, żeby grać dużo i często, ale żeby były to zyskowne transakcje przy względnie akceptowalnym poziomie ryzyka. Dlatego też dużo lepiej sprawdza się w moim przypadku ograniczenie ilości transakcji do tych najlepszych, gdzie wszystkie analizowane przeze mnie czynniki są na swoich miejscach. Bycie wybrednym może sprawić, że wystarczy jedna lub dwie transakcje w miesiącu, żeby osiągać wyniki bardziej niż zadowalające.

Umiejętności przychodzą z doświadczeniem

Dlatego też tekst ten nie jest adresowany do początkujących. Nie każdy może przyjść do szkoły sztuk walki i od razu wyzywać na pojedynek aktualnych mistrzów. Tak samo czym innym na giełdzie jest ryzyko inwestora stawiającego swoje pierwsze kroki, a ryzyko osoby doświadczonej, która już skutecznie pomnaża swoje środki, a chce tylko wejść na kolejny poziom.

Sytuacja podobna jest do inwestowania intuicyjnego w przeciwieństwie do posiadania spójnej strategii. Analiza wykresu wydaje się łatwa i duża część osób, która już wie, jak odróżnić trójkąt od głowy z ramionami próbuje w ten sposób zarabiać, by po krótszym lub dłuższym czasie przekonać się, że jednak to nie działa w tak banalny sposób. Dopiero z czasem niektórzy nabywają niezbędną wiedzę i umiejętności, pozwalające na takie zastosowanie znanych od dawna narzędzi, żeby osiągnąć dobre wyniki.

Podsumowanie

Czy takie podejście faktycznie może się sprawdzić? Czy można bezkarnie igrać z ryzykiem rynkowym sądząc, że gdy przyjdzie pora będziemy w stanie zainterweniować odpowiednio szybko, żeby ta duża strata okazała się być tylko ruchem rynku, który nie zagrozi portfelowi? A w końcu czy faktycznie możliwe jest zwiększenie tym sposobem stopy zwrotu i celowanie w 30-50% rocznie? Wszystko jest kwestią subiektywnych umiejętności, ale bardzo mnie kusi, żeby od nowego roku podjąć próbę poprowadzenia publicznego portfela opcyjnego, nastawionego na duże ryzyko, ale za duże pieniądze. Wtedy, być może, uda mi się potwierdzić realnymi transakcjami uwagi, które poczyniłem powyżej.

Radosław Chodkowski 

Grafika: Designed by Freepik