Na krawędzi strachu

Inwestorami rządzą zazwyczaj dwa rodzaje emocji – chciwość i strach. O ile chciwość pcha nas do ryzykownych zachowań w pogoni za zyskami, to jednak strach jest tutaj zdecydowanie ważniejszy. Niektórzy twierdzą, że są w stanie go kontrolować. Ja wolę go unikać.

Strach pojawia się w sytuacji stresowej, kiedy inwestor obawia się o los swoich pozycji. Jeżeli pozycje te znajdują się głęboko w zysku, wtedy najczęściej strach udaje się kontrolować. W końcu mamy bufor bezpieczeństwa i najgorszym scenariuszem, który może się zrealizować jest zarobienie nieco mniejszych pieniędzy, niż byłoby to możliwe przy racjonalnym działaniu.

To racjonalne działanie można moim zdaniem określić jako przestrzeń mieszczącą się pośrodku skali inwestorskich emocji, pomiędzy chciwością i strachem. Kiedy przebywamy w tej właśnie fazie, jesteśmy w stanie bez większych trudności otwierać i zamykać pozycje, kasując zyski i straty. Wtedy działamy jak racjonalny inwestor, tak chętnie przywoływany w ekonomicznych teoriach. Jednak stan ten nie trwa wiecznie.

Przekraczanie krawędzi strachu

Będąc blogerem bardzo często otrzymuję od czytelników maile z prośbą o pomoc przy niefortunnej inwestycji. Najczęściej posiadana przez takiego inwestora spółka znajduje się już w głębokiej stracie, przekraczającej 20% od ceny zakupu. W takiej sytuacji szybko pojawia się strach i niepokój, a gracz giełdowy nie wie, co należy zrobić. Można powiedzieć, że jest tym strachem sparaliżowany i nie jest w stanie wykonać jedynego kroku, który wydaje się właściwy – zamknąć pozycję.

Z doświadczenia wiem, że przekroczyć krawędź strachu jest bardzo łatwo. W jednej chwili wszystko znajduje się w najlepszym porządku, wynik oscyluje w okolicach zera, a my posiadamy poczucie pełnej kontroli nad sytuacją. Jednak już kilka giełdowych sesji później obraz może wyglądać zupełnie inaczej. Niepokój, paraliż i nerwowe poszukiwanie czynników mogących przełożyć się na wzrost kursu akcji. To właśnie jest najczęstszy obraz giełdowego strachu, który towarzyszy indywidualnemu inwestorowi.

Paradoksalnie przekroczenie tej granicy jest bardzo proste, niemal niezauważalne. W niektórych wypadkach mogą to być dwie lub trzy giełdowe sesje, ale na rynku lewarowanym wystarczy jeden silniejszy ruch cenowy i jest pozamiatane. W pewnym momencie przestajemy myśleć racjonalnie i musimy sobie poradzić z rozwiązaniem tej sytuacji.

Dlaczego strach paraliżuje?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Dopóki nasza pozycja na rynku jest otwarta, jej wynik nie jest przesądzony. Może okazać się, że po silnym spadku rynek odbije, wynosząc cenę powyżej poziomu, przy którym kupowaliśmy akcje.

Sprzedaż papierów w dużej stracie jest rozwiązaniem definitywnym. Nie dość, że tracimy większą niż zamierzaliśmy część kapitału, ale przede wszystkim przyznajemy sami przed sobą, że zrobiliśmy błąd. Dopuściliśmy do utraty zbyt znacznej części pozycji. Wydaje mi się, że to właśnie brak odwagi do stanięcia przed lustrem i powiedzenia sobie w twarz, że zepsuliśmy tę transakcję, skutecznie odwodzi nas od jej zamknięcia.

Skutek pozostania na rynku bywa najczęściej opłakany – tracimy jeszcze więcej pieniędzy i likwidujemy pozycję w jeszcze większej stracie.

Wyjątki sprzyjają porażkom

I tu przychodzi kwestia wyjątków. Czasami faktycznie uda nam się powrócić na zieloną stronę. Wypowiadamy w myślach wielkie “uff” i cieszymy się, że tym razem szczęście nam dopisało. Być może taka sytuacja zdarzy nam się jeszcze raz czy drugi i w naszej świadomości zaczyna kiełkować myśl, że przekroczenie naszego poziomu komfortu nie musi być czymś negatywnym. Przecież każdy rynek kiedyś odbija, prędzej czy później.

Po pewnym czasie przeradza się to w świadomą rezygnację z zamknięcia pozycji wtedy, kiedy powinniśmy to zrobić. Uznajemy, że nasza strefa komfortu sięga jednak dalej, aniżeli kiedyś nam się wydawało. Jeżeli dodatkowo analiza rynku przemawia za obstawianym przez nas scenariuszem, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że nawet z głębokiej straty można wyjść obronną ręką.

Takie zwlekanie sprawia, że kiedy w końcu przyjdzie TA transakcja, nasze straty będą bardzo duże. Co więcej, będą one okupione długą nerwówką, kiedy to będziemy się wahali czy zamknąć pozycję, czy może jednak rynek odbije. Te chwile z towarzyszącą nam gasnącą nadzieją, zapewne na długo zapadną nam w pamięć.

Znaj swoje granice i pilnuj ich

I tu przechodzę do sedna zagadnienia, gdzie przedstawię również mój sposób na radzenie sobie z tym problemem.

Jestem zdania, że do rzadkości należą inwestorzy, którzy są w stanie konsekwentnie realizować system inwestycyjny w chwilach głębokiego strachu o los posiadanych na rynku pozycji. Być może tacy są, być może ich nie ma. Jeżeli jednak rządzi nami strach, bardzo trudno jest działać racjonalnie.

Dlatego moją mądrością, wypracowaną na podstawie lat giełdowych doświadczeń jest konsekwentne zamykanie stratnych pozycji wtedy, kiedy jestem jeszcze w stanie to zrobić. Być może jest to truizm, być może niektórzy uznają, że nie odkryłem tutaj niczego niezwykłego. Dla mnie jednak było to wielkie odkrycie.

Co więcej, w przypadku akcji udało mi się nawet ustalić granicę, poza którą emocje biorą górę i mój proces inwestycyjny traci znamiona racjonalnie realizowanej strategii. Jest to 10% straty na akcjach danej spółki, niezależnie od tego, jak wielką kwotę lub jaką część portfela w niej ulokowałem. Jeżeli tylko rynek spada o 10% od mojego poziomu wejścia na rynek, konsekwentnie zamykam pozycję. Przyjmuję sobie margines dodatkowych 2%, które uwzględniam na ewentualne luki cenowe i poślizgi przy wykonywaniu zleceń.

Do 10% straty jestem racjonalny. Jestem rozsądnym inwestorem, który zamyka szybko nieudane pozycje. Jeżeli strata jest większa, zachowuję się jak każdy rynkowy nowicjusz – tracę głowę. Odwlekam moment wyjścia z rynku i łudzę się, że jednak cena powróci do komfortowych dla mnie poziomów itd.

Dlatego moja giełdowa mądrość nie polega na szczególnie umiejętnym radzeniu sobie ze stresem i strachem. Znając siebie, zarządzam ryzykiem w taki sposób, aby do nerwowych sytuacji nie dopuszczać.

Konsekwentne trzymanie się tej zasady daje mi nie tylko spokój, ale i inne korzyści. Od kiedy uświadomiłem sobie istnienie granicy pomiędzy racjonalnością i strachem oraz poznałem jej miejsce w moim przypadku, całkowicie zrezygnowałem ze zleceń stop loss. Obecnie jestem w stanie bez mrugnięcia okiem zlikwidować stratną pozycję z ręki. Nie czekam ani chwili dłużej, niż jest to konieczne. Wiem, że moja siła obowiązuje tak długo, dopóki strata nie przekroczy 10-12%.

Bolesna nauczka, czy bolesna śmierć?

Ostatnią część tego artykułu chciałbym poświęcić instrumentom pochodnym. O ile przy akcjach, jeżeli portfel jest odpowiednio zdywersyfikowany, utrata znacznej części pozycji tylko nas zaboli, o tyle przy wysokiej dźwigni finansowej każda chwila zwłoki może oznaczać wyzerowanie naszego maklerskiego rachunku. Jeżeli nie będzie to wyzerowanie, będzie to utrata ponad 50% posiadanego kapitału, która de facto oznacza to samo – porażkę inwestora.

Korzystanie z wysokiego lewara wymaga żelaznej konsekwencji. Na tym rynku proces uczenia się musi przebiegać dużo szybciej niż na rynku akcji, ponieważ skutki popełnionych błędów są o wiele bardziej dotkliwe. Rynek może nie być wcale na tyle uprzejmy, aby pozwolić nam łudzić się, że stratne pozycje wracają na zielone pole. Być może pierwsza transakcja z przekroczonym poziomem bezpieczeństwa będzie jednocześnie naszą ostatnią transakcją na rynkach finansowych.

Rynek nie wybacza

W ciągu ośmiu lat doświadczeń na rynkach finansowych trzykrotnie wyzerowałem rachunek forexowy i dwukrotnie doprowadziłem do straty przekraczającej 50% kapitału na rachunku opcyjnym. Niemal zawsze wiązało się to ze świadomym przegapieniem momentu, kiedy powinienem daną pozycję zamknąć lub zmodyfikować.

Dlatego też życzę Wam, aby rynek bardzo boleśnie bił Was po rękach za każde wyjście ze strefy racjonalności w strefę strachu.

Poznajcie swoją granicę i pilnujcie jej. W przeciwnym wypadku kara będzie nieuchronna.

Radosław Chodkowski

 

Grafika: Designed by Freepik & Designed by Freepik